fbpx

Poznajemy sofizmaty: fałszywa alternatywa

Ten rodzaj logicznego błędu, lub sofizmatu, nazywany jest fałszywą alternatywą, fałszywą dychotomią, lub pozornym dylematem.

Pod tą nazwą kryje się wynik myślenia w tzw. kategoriach czarno-białych, czyli niedostrzeganie bogatszej listy możliwości, a jedynie dwóch z nich. Wtedy, gdy jedna z nich jest nieprawdziwa, druga automatycznie, w oczach osoby popełniającej ten błąd, staje się prawdziwa.

ID-100253653
Image courtesy of David Castillo Dominici / FreeDigitalPhotos.net

Sposób rozumowania jest następujący:

  1. X może być prawdziwe lub Y może być prawdziwe (podczas gdy X lub Y mogą być równocześnie fałszywe!)
  2. Y jest fałszywe
  3. A więc X jest prawdziwe!

Bardzo często widzimy ten sposób rozumowania, gdy w grę wchodzi dyskusja o rzeczach, które w nauce nie są pewne lub są wciąż przedmiotem badań.

Nauka nie ma pewnego wyjaśnienia na powstanie życia / Wszechświata etc. A więc życie stworzył Bóg / kosmici etc; podczas gdy istnieją inne możliwości.

Często w dyskusjach w ten sposób próbuje się zmusić kogoś do zajęcia jednego z ekstremalnych stanowisk, na zasadzie „albo jesteś z nami albo przeciw nam”. Bardzo często spotykane w sporach światopoglądowych: „Nie uważasz że państwo powinno płacić za nauczanie religii? Ty przeklęty ateisto!”

Poznajemy logiczne fałsze: odwołanie do tradycji

W naszej nowej serii nazywam coś, co zwie się logical fallacy jako „logiczny fałsz” lub „logiczny błąd”. Nie pasowało mi żadne używane tłumaczenie słowa fallacy. Uwaga, nie znaczy to że wnioski wyciągane na tej podstawie zawsze są fałszywe – oznacza tylko że przesłanki są fałszywe, i że nie jest poprawne używanie ich jako argumentu.

Odwołanie do tradycji lub starożytności, to bardzo często spotykany logiczny fałsz. Polega, w skrócie, na zakładaniu, że coś jest lepsze, lub prawdziwe, bo jest… starsze, i było używane od wielu lat.

„Homeopatia istnieje od 200 lat, więc na pewno musi działać.”

Po łacinie taki rodzaj fałszywego argumentu nazywa się argumentum ad antiquitatem.

Taki sposób rozumowania ma następującą postać:

Zawsze robiliśmy / uważaliśmy że X. A więc X jest poprawne / prawdziwe.

Ludzie podświadomie dążą do zachowania istniejącego stanu rzeczy. Boją się, często również nieświadomie, nowego. Ma to związek z tzw. syndromem Frankensteina, czyli strachem przed nieopanowaną ludzką kreacją. Na popularność odwołania do tradycji wpływa też w pewien sposób selektywna pamięć – myślimy o dawnych czasach jako o spokojniejszych i szczęśliwszych („stare dobre czasy”).

ID-10075925

Często wydaje się nam, że coś sprawdzone przez lata musi być prawdziwe, inaczej ktoś już by to poprawił, zaprotestował, zrezygnował z tego etc.

Zauważmy że równie częste logiczne zaślepienie to dążenie do nowości i nowinek, i tok myślenia: X musi być lepsze, bo jest nowsze!

Tego typu logiczny fałsz jest często spotykany w argumentacji za tzw. medycyną alternatywną. Często zwraca się uwagę (fałszywie) na to że „ludzie dawniej tyle nie chorowali” bo leczyli się tradycyjnie: ziołami i bańkami.

Argumenty tego typu bardzo łatwo obalić, jednak bardzo trudno przekonać tych, którzy tak myślą. Możemy argumentować, że przecież niewolnictwo albo pogląd że Ziemia jest płaska mają też duże umocowanie w tradycji…

Ilustracja: „Little Boy Scratching His Head” by David Castillo Dominici

Brian Dunning chce wypić homeopatyczny roztwór krwi zarażonej HIV

Nie pierwszy raz zwolennicy naukowego światopoglądu używają szokujących metod, aby przekonać opinię publiczną, że stosowane roztwory powodują, że w preparatach homeopatycznych nie ma żadnych substancji aktywnych. Zazwyczaj polega to na masowym spożywaniu „środków” homeopatycznych – które przecież nie są niczym innym, a zwykłym cukrem.

Brian Dunning (autor podcastu i bloga Skeptoid oraz serii filmów popularno-naukowych „InFact„) postanowił pójść jeszcze krok dalej – chce udowodnić, że stężenie środka poddanego rozpuszczeniu jest tak małe, że nie ma żadnego ryzyka zarażenia się groź ną chorobą zakaźną. Ma w planach wypić roztwór krwi zakażonej wirusem HIV, przygotowany w „potencji homeopatycznej” 30C.

Brian Dunning
Brian Dunning

Potencja 30C, oznacza że próbka krwi będzie rozcieńczony w proporcjach 1 do 1,000,000,000,000,000,000,000,000,000,000,000,000,000,000,000,000,000,000,000,000.

Przygotowanie takie roztworu polega na wzięciu 1 ml cieczy (tutaj krwi) i rozprowadzeniu jej w 100 ml wody. Następnie pobranie 1 ml roztworu, i ponowne rozprowadzenie w 100 ml wody. Tą czynność powtarzamy 30 razy – i uzyskujemy potencję 30C.

Szacuje się, że oryginalna próbka krwi może zawierać w sobie około 3000 komórek krwi, i nawet 1000000 egzemplarzy wirusa HIV. W połowie procesu (15C) szansa, że próbka będzie wciąż zawierać choć jedną komórkę krwi, jest jak 1 do 30,000,000,000,000,000. Po 30-tym powtórzeniu, próbka będzie chemicznie czystą wodą.

Jak twierdzi Dunning, nie podejmuje żadnego ryzyka – matematyka gwarantuje mu, że wypijany płyn nie zawiera wirusa. Mimo to, jak opisuje, na każdym kroku wszyscy próbują mu to przedsięwzięcie wyperswadować lub utrudnić. Nie znalazł nawet jeszcze laboratorium, które podjęło by się eksperymentu (z zachowaniem środków bezpieczeństwa), ani potencjalnego dawcy próbki krwi.

Muszę przyznać, że dla mnie eksperyment również jest szokujący, ale bardzo dobrze przemyślany jako sposób na zwrócenie uwagi opinii publicznej na homeopatyczną ściemę. Zastanawiam się jedynie, czy homeopaci nie przełkną tego gładko, wymyślając na poczekaniu, że dzięki zastosowaniu roztworu Dunning wypił szczepionkę na HIV?

O swoim pomyśle Brian Dunning napisał na blogu Skeptoid.

Obmawiają blondynkę!

Na blogu „Pochodne kofeiny” pojawił się artykuł na temat kogoś, kogo od dawna uważam za szerzycielkę niebezpiecznych bzdur – czyli na temat Beaty Pawlikowskiej. Polecam przeczytanie. Linkowane w artykule wpisy na jej stronie Facebookowej są zatrważające w swojej antynaukowości. Oto przykład:

Zdrowie nie polega na tym, żeby liczyć kalorie i mieć „zbilansowaną dietę”.
Zdrowie polega na tym, żeby jeść to, co wspiera twój organizm i jednocześnie unikać tego, co twój organizm niszczy.
Nie zdawałam sobie z tego wszystkiego sprawy do momentu, kiedy ja osobiście i świadomie przejęłam odpowiedzialność za moje życie i zdrowie.

I dlatego teraz nie słucham tego co mówią habilitowani doktorzy idyplomowani dietetycy, bo oni biorą swoją wiedzę ze szkoły. A szkoła ma wiedzę sprzed kilkudziesięciu lat, kiedy przemysł chemicznych dodatków do jedzenia dopiero się zaczynał. I nikt nie był w stanie zbadać tego jak zadziała na człowieka zmasowany ładunek chemikaliów dodawanych do WSZYSTKIEGO, do całej przemysłowo produkowanej żywności.

Przerażające jest że tak wielu ludzi ją popiera i uważa za za źródło wszelkiej mądrości i porad jak żyć. Z drugiej strony takie podejście (niejaki kult „naturalności” i antyintelektualizm) jest teraz bardzo modne i powszechne. I wciąż niebezpieczne.

Niebezpieczeństwo medycyny alternatywnej, czyli syndrom „cóż to szkodzi”

Często przy rozmowach dotyczących stosowania medycyny alternatywnej, różnego rodzaju homeopatii, radiestezji, bioenergoterapii czy innego znachorstwa, pojawia się swoisty pseudo-argument: „Cóż może zaszkodzić, najwyżej nie zadziała!”.

Niestety, myśli w ten sposób wiele osób, również inteligentnych ludzi wierzących w to, że każdemu przysługuje wolność wyboru myślenia i działania.

W przypadku podejścia do traktowania ludzkiego życia i zdrowia jednak może się okazać, że wolność może być niebezpieczna. Nie będę przytaczał żadnych przykładów które opisane są na świetnej stronie What’s The Harm? – wystarczy, że spojrzymy na nasze podwórko i fakt, którym żyje część mediów.

Otóż nie tak dawno temu pod Nowym Sączem rodzice – inteligentni, wykształceni ludzie, doprowadzili do śmierci swojej kilkuletniej córki. Jak donoszą artykuły, które ukazały się w Wyborczej i Polityce, z rodziców przynajmniej matka była przeciwniczką szczepień i zwolenniczką „naturalnych metod leczenia”. Wynika tak z jej wpisów na portalu społecznościowym.

Rodzice byli niechętni lekarzom. Nie chcieli szczepień. Nie przychodziła na kontrole do przychodni. Jednak natura jest bezlitosna i córka zachorowała. Według faktów które teraz docierają do mediów, można dojść do wniosku że miała uczulenie na mleko matki. Lekarze próbują przekazać rodzicom mleko modyfikowane – matka kłamie że je podaje. W końcu ojciec wypisuje córkę w ogóle z ośrodka zdrowia – oświadczając że znalazł opiekę zdrowotną na Słowacji.

Dziecko leczą w rzeczywistości u znachora z Nowego Sącza. Jak dziś wiemy: winnego śmierci co najmniej jeszcze jednego dziecka – chorego na nerki, którego rodzice woleli zioła od znachora, zamiast normalnych lekarstw.

Znachor zniknął. Jego zwolennicy do teraz twierdzą że leczy jak Jezus.

Polecam przemyślenie tego przypadku wszystkim „otwartym umysłom”, twierdzącym że „niech każdy żyje jak mu się podoba”, i że w sumie, w tym wszystkim nic złego nie ma. Niewinna zabawa.