Wyłączamy mity.posterous.com!
No, może nie wyłączamy, ale nie będą się tam pojawiały nowe wpisy. Wyłączone jest też komentowanie. Nowe wpisy i nowe dyskusje – wyłącznie na mitynauki.pl!
Wyłączamy mity.posterous.com!
No, może nie wyłączamy, ale nie będą się tam pojawiały nowe wpisy. Wyłączone jest też komentowanie. Nowe wpisy i nowe dyskusje – wyłącznie na mitynauki.pl!
Oscillococcinum to najpopularniejszy lek homeopatyczny. Sprzedaje się go ogromne ilości, jak również w tej chwili ma dość agresywną kampanię reklamową w Polsce.
Nazwę „Oscillococcinum” stworzył w 1925 roku wojskowy lekarz Joseph Roy. Roy analizował próbki krwi pacjentów którzy zapadli na grypę. Za każdym razem obserwował „coś” – jakieś wibrujące, „oscylujące” obiekty w krwi pacjenta. Nazwał je – wiadomo jak. Później odnalazł to samo w krwi pacjentów zapadających na różne choroby (od egzemy do raka). Zaczął poszukiwać podobnych obiektów w innych miejscach i znalazł je w ekstrakcie wykonanym z wątroby kaczki piżmowej (pizmówka amerykańska).
Reszta jest historią: preparat stworzony z tego ekstraktu sprzedaje się jak ciepłe bułeczki. Ze względu na homeopatyczne metody tworzenia lekarstw, do wyprodukowania wszystkich dotychczas sprzedanych sztuk leku wystarczyłaby jedna kaczka…
Sama ta historia, jak widzicie nie jest jakąś epicką opowieścią o poszukiwaniu leku. Założenia, jak to zwykle w przypadku homeopatii bywa są bardzo niejasne i oparte na ogólnych wrażeniach. Znajdujemy coś podobnego w dwóch substancjach – jedną uznajemy za wynik choroby, i leczymy tą drugą. Podobne lecz podobnym – similia similibus curantur – to jedna z podstawowych zasad homeopatii.
Załóżmy na chwilę że faktycznie tak działa świat: podobne leczymy podobnym, rozcieńczanie wzmacnia siłę ekstraktu etc. Załóżmy że żyjemy w Bizzarro World i faktycznie to działa… Nawet jeśli tak założymy to wciąż są problemy z „odkryciem” Roya. Dlaczego?
Dziś już prawie pewne jest że Roy obserwował jakieś artefakty – zabrudzenia lub pęcherzyki powietrza pod swoim mikroskopem. Co nie przeszkadza wciąż wmawiać pacjentom że to lek na grypę i przeziębienia.
Na stronie internetowej produktu (łatwo ją znaleźć, to nazwa leku a po niej .pl), znajdujemy m.in. informację że to Produkt Roku 2010. Po bliższym przyjrzeniu się widzimy że to produkt wybrany przez czytelników magazynu Reader’s Digest w kategorii „lek homeopatyczny”.
W 1989 roku w magazynie British Journal of Clinical Pharmacology zostały opublikowane wyniki badania potwierdzającego skuteczność działania Oscillococcinum® w leczeniu zespołów grypowych. W ten sposób lek zyskał przychylną opinię prestiżowych środowisk lekarskich.
Postanowiłem przyjrzeć się temu badaniu. Okazało się że chodzi o badanie A controlled evaluation of a homoeopathic preparation in the treatment of influenza-like syndromes (sic) przeprowadzone przez zespół JP Ferleya. Więcej o badaniu możemy przeczytać tutaj, ja dodam tylko że jeśli to jest największa armata jaką mogą producenci leku wytoczyć na sceptyków, to naprawdę nie ma się czym chwalić.
W skrócie: do badania dopuszczono chorych na różnym etapie choroby (więc mogli w trakcie badania wyzdrowieć sami z siebie), jednym kryterium wyleczenia było badanie temperatury (przy czym nie badano zawsze o tej samej porze dnia, a jak wiadomo temperatura ciała człowieka ulega fluktuacjom w ciągu doby), a drugim kryterium samoocena samopoczucia. Do tego pomieszano osoby w różnym wieku, a więc różniące się możliwościami organizmu w walce z chorobą. Różnica w wyzdrowieniu grupy placebo i grupy której podano Oscillococcinum (czyli też placebo – jak można by złośliwie dodać), była na tyle nieznacząca – 10% i 16% – że sami autorzy badania przyznali że nie dowiedli związku przyczynowo skutkowego pomiędzy podawaniem leku i wyzdrowieniem.
W związku z tą niezobowiązującą konkluzją, nie było żadnych badań mających na celu obalić lub potwierdzić ten wynik. Stąd powszechne cytowanie badań JP Ferleya na stronach poświęconych homeopatii.
To już prawie rok minął, odkąd założyłem (jeszcze wtedy pod adresem http://mity.posterous.com) bloga o nazwie „Mity nauki” i napisałem pierwszy post (o homeopatii). W ciągu tego roku powstało ich trochę więcej, niektóre popularniejsze, inne mniej. Najwięcej wejść notujemy z zaprzyjaźnionych blogów i tzw. mediów społecznościowych. (Update: Ach, byłbym zapomniał, bardzo dużo też trafia z wyszukiwarki google, co mnie cieszy, bo szukając informacji np. o jonowych bransoletkach czy zabójczym aspartamie, trafić można tutaj).
Najpopularniejsze wpisy to:
– Witamina C i choroba noblistów
Dziękuję wszystkim odwiedzającym, linkującym i polecającym i życzę nam wszystkim kolejnego sceptyczno – racjonalnego roku!
Wielokrotnie słyszymy argumenty, że coś jest prawdziwe „bo przecież działa”. Na przykład, astrologia: no bo przecież wróżka przepowiedziała mi podróż, albo homeopatia: no bo przecież byłem chory, nic mi nie pomagało, aż w końcu wziąłem specyfik homeopatyczny i wyzdrowiałem.
Co to znaczy „działa”? Działa oznacza w tym przypadku: poczułem się lepiej, odczułem satysfakcję. Proszę zwróćcie uwagę że nie ma żadnego logicznego połączenia pomiędzy „poczułem się lepiej” a prawdziwością jakiegoś stwierdzenia. Poprawa samopoczucia może być subiektywna, a choroba mogła być wyleczona w inny sposób – anegdotyczne relacje nie zastąpią badań naukowych.
Najczęściej odwołują się do tego argumentu ludzie którzy sami doświadczyli danego działania – np. ktoś kogo bolały stawy, zaczął nosić magnetyczną obrączkę i stawy boleć przestały. Ale co z tego wynika? Magnetyczna obrączka mogła zadziałać pozytywnie na jego stawy, ale ponieważ nie mamy żadnych podstaw naukowych aby tak twierdzić, tą hipotezę uznajmy za najmniej prawdopodobną. Co jest bardziej prawdopodobne?
Etc etc. Wszystkie powyższe przypadki są znane nauce i są przez nią wyjaśniane. Wiemy też ze magnes nie oddziałuje na ludzkie ciało (w każdym razie nie taki magnes mieszczący się w obrączce).
To co widzimy tutaj to przykład dwóch błędów logicznych. Jeden z nich to tzw pragmatic fallacy – czyli „mit użyteczności” – skoro widzimy pożądane działanie, mimo, że mogło ono być wynikiem działania wielu innych czynników, przypisujemy to wybranemu przez nas czynnikowi. Drugi z nich to mylenie korelacji z kauzacją, czyli rozumowanie że skoro coś wydarzyło się po czymś to zostało tym spowodowane.
Jeśli oglądaliście, skądinąd całkiem dobry, film polski pt. Uwikłanie, to pewnie w oczy rzuciły wam się sceny dziejące się w trakcie dość dziwnej terapii – uczestniczący w niej pacjenci, wraz z innymi, wynajętymi do tego celu ludźmi, odgrywali role żyjących i nie żyjących członków rodziny. Wg. wypowiedzi bohaterów filmu, w ten sposób stawali się na czas terapii tymi ludźmi i umożliwiali w ten sposób odtworzenie odpowiednich stosunków między poddawanymi terapii osobami.
Jeśli w tym momencie zapalił wam się wasz wewnętrzny czujnik bullshido to mieliscie rację. Ustawienia rodzinne Hellingera, bo to o nich mowa, zdobywają ostatnio coraz większą popularność – częściowo również dlatego, że aby zostać terapeutą (ustawiającym) wystarczy przejść szkolenie które trwa kilka dni – znajdziecie je łatwo gdy pogooglacie „facilitator training and coaching program”.

Cóż możemy zyskać, uczestnicząc w takiej terapii? Spójrzmy na stronę „AVITA Ustawienia systemowe”. Dowiadujemy się z niej że terapia pomóc może na naprawdę imponującą liczbę dolegliwości takie jak:
Jak widać, gra jest warta świeczki. Cóż to takiego więc jest ta terapia i skąd się wzięła?
Otóż stworzył ją urodzony w 1925 roku niemiecki psychoterapeuta Bert Hellinger. Co ciekawe, nie była to jego pierwsza praca – najpierw był księdzem misjonarzem, i zrezygnował ze stanu kapłańskiego po 20 latach. Zainteresował się wtedy psychologią. Stworzył własną metodę terapii którą nazwał „family constellations” (czyli właśnie ustawień rodzinnych). Stworzona (jak wiele terapii) na zasadzie odgrywania ról, zakłada ona że uczestniczący podświadomie przyjmą role członków rodziny, często nieżyjących lub nieobecnych, pozwalając pacjentom uświadomić sobie problemy jakie ich nękają.
Jak dotąd nie widzimy tu nic dziwnego. Dziwnie dopiero będzie. Otóż Hellinger twierdzi że wchodząc w „konstelację” mamy fizyczne i realne połączenie z innymi członkami rodziny, i ich „przeznaczeniem”. To połączenie działa na zasadzie „pola energii” które „ma pamięć i wpływa na nas”. Widzimy tutaj typowe założenie (takie same jak przy np. reiki) że nasze organizmy mają jakieś „pola” które muszą być „w harmonii” inaczej źle się czujemy, chorujemy etc. Oczywiście te pola i harmonie nie są wykrywane przez żadne instrumenty bo przecież „nauka nie wie wszystkiego”. Jeden ze znanych terapeutów Albreht Mahr twierdzi że „fizyka kwantowa i duchowość są głęboko powiązane”.
Jeśli graliście w quantum physics bullshit drinking game, czas wypić do dna!
Co ze wspomnianym wcześniej leczeniem homoseksualizmu? Hellinger twierdził, że jest on spowodowany tym że syn był zmuszony przejąć rolę i uczucia brakującej osoby rodzaju żeńskiego (np. zmarłej siostry). Oczywiście był przekonany że z sukcesem wyleczył co najmniej jednego pacjenta z „choroby homoseksualizmu”.
Zauważcie że nie mówię że ta terapia nie ma prawa pomóc, bo każdy kontakt terapeutyczny może pomóc, nawet na zasadzie poprawy samopoczucia. Twierdzę tylko że jej podstawy naukowe są po prostu kiepskie. Myślę również że jeśli nie wierzysz w przeznaczenie, duszę i „wiedzące pole” to ta terapia może nie działać.
Sami oceńcie ryzyko jakie ponosi pacjent, związane z zawierzeniem tej metody w leczeniu „bezdzietności” czy „przewlekłych chorób”. Czy ponosi ryzyko pogorszenia swojego stanu psychicznego, pogłębienia depresji, przez pozwolenie terapeucie na dowolne manipulowanie swoją psychiką podczas „ustawień”?
Co ciekawe, fabuła filmu o którym na początku wspomnieliśmy właśnie zawierała wątek celowej manipulacji stanem pacjenta przez terapeutę (więcej nie napiszę żeby nie spoilować).
Hellinger jest barwną postacią (wciąż żyje), od czasu do czasu powodującą nowe kontrowersje swoimi wypowiedziami. Ostatnim przykładem może być całkiem niedawne opublikowanie w jednej ze swoich książek napisanej wierszem ody do Hitlera. Te i inne wypowiedzi spowodowały że niektórzy terapeuci „odcięli się” od Hellingera, dalej jednak praktykując stworzoną przez niego metodę. Ot, przyganiał kocioł garnkowi…