Wielu ludzi zadowala się łatwymi wyjaśnieniami, i bierze doniesienia naukowe z codziennych gazet za dobrą monetę. Z drugiej strony, wiele faktów, które powszechnie uważa się za prawdziwe, jest tylko mitem. Ta strona ma na celu przybliżenie niektórych takich przypadków.
Ponieważ właśnie Gadżetomania przypomniała wpis na temat NLP, postanowiłem przyjrzeć się zjawisku powszechnej wiary w to, że podświadomość może wpłynąć na nasze decyzje, i że możemy tym sprytnie sterować.
Już wcześniej, we wpisie na temat mózgu, pisałem o „podprogowych przekazach” które okazały się zwykłym oszustwem. Nie przeszkodziło to jednak niektórym wziąć tego poważnie, i np umieścić zakazu takiej reklamy w amerykańskich przepisach.
Jednak obok „reklam podprogowych”, istnieje cała gama produktów które mają za zadanie przekazać nam coś bez udziału naszej świadomości. Na przykład, nauczyć nas angielskiego. Lub, w co wierzą nawet poważne tygodniki, sprzedać nam coś.
W powyżej linkowanym artykule mamy wyrażone przekonanie (oprócz wiary w skuteczność przekazu podprogowego) że upodobnienie przekazu reklamowego do kształtów związanych z seksem i erotyką bardzo skutecznie wpływa na sprzedaż. Pomysł pochodzi z książki „Subliminal Ad-ventures in erotic art” wydanej w 1980 roku. Podobnie, do dziś wiele agencji copy-writerskich ogłasza się że pisze „teksty perswazyjne” – tak sformułowane że podświadomie nie pozwolą nam nie kupić reklamowanego produktu…
Sęk jednak w tym że żadne z tych twierdzeń nie ma solidnych podstaw w empirycznych badaniach. Wręcz przeciwnie, badania często okazują się oszustwami, tak jak to było w przypadku wyników Vicary’ego. Gdyby zaś seks tak wpływał na nasze decyzje, to ta kandydatka z SLD dostałaby się do parlamentu!
Wszyscy znamy ten widok z niezliczonych filmów oraz seriali kryminalnych: człowiek podłączony do maszyny czymś przypominającym urządzenie do pomiaru ciśnienia, z dodatkowymi elektrodami tu i ówdzie. Poci się, sapie, i nie może ukryć kłamstwa!
Wykrywacz kłamstw jest powszechnie rozpoznawalnym urządzeniem, i wciąż, gdy ktoś chce podkreślić swoją prawdomówność lub chęć sprawdzenia kogoś, wspomina o nim. Czy i jak działa to urządzenie?
Wariograf, bo tak oficjalnie nazywa się wykrywacz kłamstw, został wynaleziony w 1921 roku przez Johna Augustusa Larsona (polska Wikipedia błędnie podaje inaczej). Larson był studentem medycyny dorabiającym sobie jako policjant. Jego wynalazek nie był bynajmniej pierwszym urządzeniem próbującym w sposób techniczny i mierzalny określić czy ktoś kłamie. Na przełomie wieków XIX i XX stworzono kilka urządzeń które miały na celu na podstawie pomiarów ciśnienia krwi lub częstotliwości oddechu określić prawdomówność badanej osoby. Jednak dopiero wariograf Larsona zdobył sobie taką popularność.
Współczesny wariograf rejestruje zmiany ciśnienia krwi, przewodnictwa skórnego oraz częstotliwość oddechu. Badanie polega zazwyczaj na „skalibrowaniu” wariografu przez zadanie pytań w taki sposób że badany odpowie na pewno prawdę oraz na pewno skłamie.
Czas zadać sobie najważniejsze pytanie: czy wariograf naprawdę wykrywa że ktoś kłamie?
Niestety, nie. Reakcje fizjologiczne które mierzy, mogą wynikać z zupełnie czego innego (np. ktoś się źle czuje lub chce mu się do toalety), lub mogą być zafałszowane (np. ktoś się denerwuje, że jego prawdziwe odpowiedzi zostaną uznane za kłamstwo – i faktycznie tak się dzieje). Mimo że zwolennicy badań wariografem mówią o bardzo wysokim procencie skuteczności (ok 80%) to psychologowie oceniają tą skuteczność na bliższą 60% – a więc niewiele różniącą się od przypadku. Firmy które oferują usługi badania wariografem (modne jest np. badanie pracowników), twierdzą że całość badania to nie tylko wariograf – ale i ocena przeprowadzona przez ich eksperta, który potrafi stwierdzić, czy dana reakcja jest spowodowana kłamstwem czy innymi czynnikami. W ten sposób zupełnie opuszczamy jakiekolwiek pretensje do naukowości – polegamy po prostu na czyimś widzimisię.
W tym miejscu słowo na temat użyteczności badania wariografem jako dowodu sądowego. Według polskiego prawa takie badanie nie może stanowić dowodu w postępowaniu sądowym. Sąd nie zleca takich badań, mogą być jednak dołączone przez strony do akt jako próba podkreślenia swojej prawdomówności (jednak sąd nie ma obowiązku brać ich pod uwagę).
Jest takie powiedzonko, przypisywane Nixonowi: „O wykrywaczach kłamstw wiem tylko tyle, że napędzają ludziom porządnego stracha”. I w tym, moim zdaniem, tkwi sedno użytkowania wykrywaczy kłamstw. Jeśli ktoś wierzy, że wariograf złapie go na kłamstwie, to w momencie gdy odpowiada na zadawane mu pytania, odpowie po prostu prawdę. Podejrzewam że taka jest motywacja wielu badających: chcą po prostu prawdomówności, licząc na rozpowszechnione przekonanie o skuteczności wariografów.
W związku z tym że jakiś czas temu pisaliśmy o tym, skąd się wzięło przekonanie że telefony komórkowe powodują raka mózgu, chciałbym polecić ciekawy artykuł który ukazał się na blogu „Science Based Medicine”:
Artykuł napisał Lorne Trottier, a zrobił to dlatego, gdyż temat odżył za sprawą agencji IARC (International Agency for Research on Cancer), która w zeszłym roku wystosowała informację prasową, w której poinformowała o umieszczeniu promieniowania komórkowego na tzw. liście 2B czyli „możliwych kancerogenów”. Telefony komórkowe dzielą miejsce na tej liście z takimi rzeczami jak ogórki konserwowe, opary benzyny samochodowej, kawa, oraz niklowe monety. Ogółem na liście jest w tej chwili 269 substancji (i, jakby to nazwać, obiektów).
Co trafia na listę 2B? Jest to coś w rodzaju listy rezerwowej. Sama agencja definiuje tę listę w następujący sposób:
Kategoria 2B jest nadawana czynnikom co do których jest ograniczona ilość dowodów na rakotwórczość u ludzi i mniej niż wystarczająca ilość dowodów na rakotwórczość u zwierząt w warunkach laboratoryjnych.
Podsumowanie brzmi: jest to możliwy kancerogen. Coś jak każdy kierowca jest możliwym przestępcą. Wpisanie telefonów na tą listę było szeroko komentowane w kręgach naukowych, a dowody które przytoczyła Agencja były ponownie analizowane. Lorne Trottier w wyżej linkowanym artykule robi to dla nas w przystępny sposób. Warto się zapoznać!
Trochę późno o tym piszę, ale Brian Dunning zdołał już zrobić 300 odcinków swojego podcastu Skeptoid. Odcinek numer 300 jest specjalny: musical w formie rysowanej animacji. Opowiada o tym, jak jedna mała dziewczynka ratuje królestwo przed „modnymi bzdurami”…
Na stronie Skeptoida jest pełna transkrypcja, co może pomóc w podążaniu za tekstem
Chciałbym pokrótce przedstawić co się dzieje wokół naszej strony…
1. Nowe wpisy w przygotowaniu, przepraszam za chwilową ciszę. Na pocieszenie powiem, że oprócz nowych wpisów, czeka nas wkrótce mała niespodzianka jeśli chodzi o treści z Mitów.
2. Trwa reprint wybranych wpisów na portalu Gadżetomania. Pod wpisami odbywają się gorące dyskusje, które są niestety powtórzeniem dyskusji z innych miejsc (i tych samych zarzutów – gdybym miał złotówkę za każdym razem gdy słyszę że zgarniam kasę od firm farmaceutycznych!). Staram się w nich uczestniczyć – aczkolwiek nie jestem pewien czy tematyka wpisów wybranych przez redaktorów Gadżetomanii do końca pasuje do samego portalu. Wybór wpisów, oraz ich ilustracje pochodzą od redakcji portalu.
3. Jak zapewne niektórzy zauważyli, mamy stronę na Facebook, zapraszam do dołączenia.