Wielu ludzi zadowala się łatwymi wyjaśnieniami, i bierze doniesienia naukowe z codziennych gazet za dobrą monetę. Z drugiej strony, wiele faktów, które powszechnie uważa się za prawdziwe, jest tylko mitem. Ta strona ma na celu przybliżenie niektórych takich przypadków.
Moje dzieci wierzyły kiedyś bardzo głęboko w istnienie wróżki, która przynosi im pod poduszkę pieniążka za każdym razem, gdy pozbędą się jednego z zębów mlecznych. Oczywiście w roli wróżki występowali rodzice.
Nauka o Wróżce Zębuszcie (Tooth Fairy Science) to termin ukuty przez Dr Harriet Hall. Określa on badanie zjawiska, co do którego faktycznego występowania nie mamy pewności.
Na przykładzie Wróżki Zębuszki moglibyśmy badać:
średnią wartość monet pozostawionych pod poduszką
zależność wartości tych monet od faz księżyca
zależność wartości od tego który ząb mleczny wypadł
wartość monet w stosunku to godziny o której dziecko poszło spać
i tak dalej….
Badać moglibyśmy setki różnych zależności i otrzymywalibyśmy najróżniejsze statystycznie znaczące wyniki. Jednak… nie zbliżylibyśmy się ani o krok do rozwiązania zagadki Wróżki Zębuszki i jej prawdziwej postaci. Nie zauważylibyśmy również, że istnieje prostsze wyjaśnienie dla zjawiska niż zakładanie istnienia wróżki zajmującej się dziecięcymi zębami.
Bardzo wielu ludzi niestety w ten sposób podchodzi do kwestii naukowych. Poprzez poważne badanie nieistniejącego zjawiska uzasadnia jego istnienie (no bo przecież gdyby nie istniało nie było by czego badać). I tak, mamy na przykład porównawcze analizy opowieści o reinkarnacji, badania zbiorcze porwań przez kosmitów, badania skuteczności modlitw, oraz specjalnie zaprojektowane karty do badania umiejętności przewidywania przyszłości.
Nauka ma co najmniej dwa narzędzia do uniknięcia tego typu pułapek:
Pierwsze z nich to tzw. hipoteza zerowa (null hypothesis). Polega ona na wzięciu pod uwagę zerowego wpływu badanego zjawiska na mierzone wyniki. Przykłady hipotez zerowych:
Badany lek nie wpływa na samopoczucie pacjenta (o ogóle nie wpływa – ani pozytywnie, ani negatywnie)
Nowy składnik paliwa nie zmienia jego wydajności.
Badane wartości pod kątem korelacji nie są w żaden sposób zależne.
Drugie z narzędzi to wspominana już wielokrotnie Brzytwa Ockhama. Po zastosowaniu jej do przytoczonego na początku badania, powinniśmy uzyskać następujący wynik:
W badanym środowisku występuje wiele czynników, których działanie wyjaśnia pojawianie się monet pod poduszką, bez potrzeby zakładania istnienia zębowej wróżki.
Pamiętacie jak wasza babcia lub prababcia mówiła na przykład, w którą stronę ma być postawione łóżko, bo inaczej będzie się źle spało, albo że nie należy wieszać krzyża nad drzwiami bo to przynosi pecha? Okazuje się że dziś babcia mogłaby zatrudnić się jako konsultant od feng-shui, starożytnej sztuki ustawiania rzeczy tak aby nam przynosiły szczęście.
Rynek na takie usługi musi istnieć, wystarczy wpisać w google frazę typu „feng shui usługi” lub „feng shui konsultacje”. Jeden z takich usługodawców oferuje nawet pomoc już przy wyborze działki lub projektu tak aby zapewnić „zgodność astrologiczną z mieszkańcami”. Oczywiście na tym nie koniec, aby nam się w nowo wybudowanym biurze lub mieszkaniu wiodło, musimy skorzystać z dalszych porad.
Feng shui opiera się na założeniu że po świecie krąży wszechobecna energia chi. Niestety nie da się jej istnienia stwierdzić żadnym instrumentem. (Swoją drogą to ciekawe że większość współcześnie modnych pseudo-nauk zakłada że energia to jakaś chmura czy strumień krążąca w powietrzu – nie używają tego pojęcia w tym samym znaczeniu co nauka.) Ustawiając odpowiednio meble, ściany, rośliny możemy przepływ tej energii zakłócać lub wspomagać. Wynajęty do zrobienia tego specjalista opiera się na własnym wyczuwaniu chi, nie używa do tego celu żadnych urządzeń.
Jest to oczywiście rodzaj myślenia magicznego. Ludzie, kształtując swoje otoczenie, chcieliby mieć większy wpływ na jego pozytywne aspekty, stąd wzięły się pomysły na estetyczne lub magiczne porządkowanie przedmiotów, lub np. całkiem niedawny zwyczaj święcenia przez biskupa otwartego budynku czy autostrady. O ile założenie że otaczanie się estetycznymi i pozytywnymi symbolami i obrazami może wpływać pozytywnie na nasze samopoczucie jest jak najbardziej potwierdzone przez naukę, to tego wpływu nie należy przeceniać. Żadne rozstawienie mebli nie pomoże finansom firmy czy powodzeniu inwestycji. No ale do tego potrzebny jest zwykły, zdrowy, rozsądek…
Ponieważ właśnie Gadżetomania przypomniała wpis na temat NLP, postanowiłem przyjrzeć się zjawisku powszechnej wiary w to, że podświadomość może wpłynąć na nasze decyzje, i że możemy tym sprytnie sterować.
Już wcześniej, we wpisie na temat mózgu, pisałem o „podprogowych przekazach” które okazały się zwykłym oszustwem. Nie przeszkodziło to jednak niektórym wziąć tego poważnie, i np umieścić zakazu takiej reklamy w amerykańskich przepisach.
Jednak obok „reklam podprogowych”, istnieje cała gama produktów które mają za zadanie przekazać nam coś bez udziału naszej świadomości. Na przykład, nauczyć nas angielskiego. Lub, w co wierzą nawet poważne tygodniki, sprzedać nam coś.
W powyżej linkowanym artykule mamy wyrażone przekonanie (oprócz wiary w skuteczność przekazu podprogowego) że upodobnienie przekazu reklamowego do kształtów związanych z seksem i erotyką bardzo skutecznie wpływa na sprzedaż. Pomysł pochodzi z książki „Subliminal Ad-ventures in erotic art” wydanej w 1980 roku. Podobnie, do dziś wiele agencji copy-writerskich ogłasza się że pisze „teksty perswazyjne” – tak sformułowane że podświadomie nie pozwolą nam nie kupić reklamowanego produktu…
Sęk jednak w tym że żadne z tych twierdzeń nie ma solidnych podstaw w empirycznych badaniach. Wręcz przeciwnie, badania często okazują się oszustwami, tak jak to było w przypadku wyników Vicary’ego. Gdyby zaś seks tak wpływał na nasze decyzje, to ta kandydatka z SLD dostałaby się do parlamentu!
Wszyscy znamy ten widok z niezliczonych filmów oraz seriali kryminalnych: człowiek podłączony do maszyny czymś przypominającym urządzenie do pomiaru ciśnienia, z dodatkowymi elektrodami tu i ówdzie. Poci się, sapie, i nie może ukryć kłamstwa!
Wykrywacz kłamstw jest powszechnie rozpoznawalnym urządzeniem, i wciąż, gdy ktoś chce podkreślić swoją prawdomówność lub chęć sprawdzenia kogoś, wspomina o nim. Czy i jak działa to urządzenie?
Wariograf, bo tak oficjalnie nazywa się wykrywacz kłamstw, został wynaleziony w 1921 roku przez Johna Augustusa Larsona (polska Wikipedia błędnie podaje inaczej). Larson był studentem medycyny dorabiającym sobie jako policjant. Jego wynalazek nie był bynajmniej pierwszym urządzeniem próbującym w sposób techniczny i mierzalny określić czy ktoś kłamie. Na przełomie wieków XIX i XX stworzono kilka urządzeń które miały na celu na podstawie pomiarów ciśnienia krwi lub częstotliwości oddechu określić prawdomówność badanej osoby. Jednak dopiero wariograf Larsona zdobył sobie taką popularność.
Współczesny wariograf rejestruje zmiany ciśnienia krwi, przewodnictwa skórnego oraz częstotliwość oddechu. Badanie polega zazwyczaj na „skalibrowaniu” wariografu przez zadanie pytań w taki sposób że badany odpowie na pewno prawdę oraz na pewno skłamie.
Czas zadać sobie najważniejsze pytanie: czy wariograf naprawdę wykrywa że ktoś kłamie?
Niestety, nie. Reakcje fizjologiczne które mierzy, mogą wynikać z zupełnie czego innego (np. ktoś się źle czuje lub chce mu się do toalety), lub mogą być zafałszowane (np. ktoś się denerwuje, że jego prawdziwe odpowiedzi zostaną uznane za kłamstwo – i faktycznie tak się dzieje). Mimo że zwolennicy badań wariografem mówią o bardzo wysokim procencie skuteczności (ok 80%) to psychologowie oceniają tą skuteczność na bliższą 60% – a więc niewiele różniącą się od przypadku. Firmy które oferują usługi badania wariografem (modne jest np. badanie pracowników), twierdzą że całość badania to nie tylko wariograf – ale i ocena przeprowadzona przez ich eksperta, który potrafi stwierdzić, czy dana reakcja jest spowodowana kłamstwem czy innymi czynnikami. W ten sposób zupełnie opuszczamy jakiekolwiek pretensje do naukowości – polegamy po prostu na czyimś widzimisię.
W tym miejscu słowo na temat użyteczności badania wariografem jako dowodu sądowego. Według polskiego prawa takie badanie nie może stanowić dowodu w postępowaniu sądowym. Sąd nie zleca takich badań, mogą być jednak dołączone przez strony do akt jako próba podkreślenia swojej prawdomówności (jednak sąd nie ma obowiązku brać ich pod uwagę).
Jest takie powiedzonko, przypisywane Nixonowi: „O wykrywaczach kłamstw wiem tylko tyle, że napędzają ludziom porządnego stracha”. I w tym, moim zdaniem, tkwi sedno użytkowania wykrywaczy kłamstw. Jeśli ktoś wierzy, że wariograf złapie go na kłamstwie, to w momencie gdy odpowiada na zadawane mu pytania, odpowie po prostu prawdę. Podejrzewam że taka jest motywacja wielu badających: chcą po prostu prawdomówności, licząc na rozpowszechnione przekonanie o skuteczności wariografów.